Wielka samotność
,,Alaska, 1974. Nieobliczalna. Bezlitosna. Dzika. Dla rodziny w kryzysie jest to ostateczny test na przetrwanie.
Ernt Allbright, były jeniec wojenny, wraca do domu po wojnie w Wietnamie. Kiedy traci kolejną pracę, podejmuje impulsywną decyzję: przeniosą się całą rodziną na północ, na Alaskę, gdzie będą żyli bez prądu i wody – w ostatniej dzikiej części Ameryki.
Dorastająca trzynastoletnia Leni, dziewczynka w trudnym wieku, uwikłana w burzliwy związek rodziców, ma nadzieję, że w nowej krainie czeka lepsza przyszłość dla rodziny. Jej matka, Cora, zrobi wszystko i pójdzie wszędzie dla mężczyzny, którego kocha, nawet jeśli oznacza to pójście w nieznane.
Na początku Alaska wydaje się być odpowiedzią na ich modlitwy. W dzikim, odległym zakątku kraju odnajdują się wśród niezależnej społeczności silnych mężczyzn i kobiet.
Ale wraz z nadejściem zimy i ciemnościami obejmującymi Alaskę, kruchy stan psychiczny Ernta pogarsza się. Wkrótce niebezpieczeństwa na zewnątrz bledną w porównaniu z zagrożeniami wewnątrz. W ich małej chacie, pokrytej śniegiem, przez osiemnaście godzin nocy, Leni i jej matka poznają straszliwą prawdę: są sami. Na zewnątrz nie ma nikogo, kto by mógł ich uratować.
W tym niezapomnianym portrecie ludzkiej słabości i odporności Kristin Hannah ujawnia niezłomny charakter współczesnego amerykańskiego pioniera i ducha ginącej Alaski - miejsca o niezrównanym pięknie i niebezpieczeństwie. „Wielka samotność” to odważna, piękna, pełna życia opowieść o miłości, stracie i walce o przetrwanie…"
Kolejna książka, która w 2019 roku już mi prawie wyskakiwała z lodówki. Mimo to, wiedziałam o niej głównie, że akcja dzieje się na Alasce oraz, że jedną z postaci jest toksyczny ojciec. Coś tam jeszcze słyszałam w recenzjach, ale dziwnym trafem jednym uchem wchodziło, a drugim wychodziło. Także poza tymi dwoma faktami, wzięłam ją trochę w ciemno.
Mamy trzyosobową rodzinę. Mamę Corę, ojca Ernta oraz na starcie 13-letnią córkę Leni. Jej ojciec wrócił po wojnie w Wietnamie, dręczą go koszmary, nie utrzymuje się na stale w żadnej pracy i jest coraz gorzej. Do momentu aż przychodzi do swojej żony i córki z listem od przyjaciela, którego poznał na wojnie, który przekazuje mu swój dom na Alasce. Bez wahania postanawia się tam przenieść. Cora ma nadzieję, że ta zmiana przyniesie wiele dobrego. Leni ubolewa nad opuszczeniem szkoły i kolejną przeprowadzką. Jednak 13-latka nie ma za dużo do gadania w tej kwestii. Niedługo później wyjeżdżają.
Nowy dom okazuje się małą chatką na zupełnym odludziu. To miejsce wymaga ogromu fizycznej pracy i poświęcenia. Na szczęście mieszkańcy Alaski są bardzo pomocnymi ludźmi i rodzina otrzymuje od nich spore wsparcie. Leni i Cora są bardzo wdzięczne, ale Ernt podchodzi już bardziej podejrzliwie i nie jest zbytnio zadowolony, bo jego zdaniem w oczach tubylców są słabi i potrzebujący. A przecież oni sobie świetnie poradzą. Póki dzień jest długi, życie w tej małej chatce jest całkiem znośne. Jednak wraz z nadejściem zimy, warunki się mocno pogarszają i na światło dzienne wychodzą różne sprawy.
Zaczęłam czytać z takim dziwnym niepokojem. Trudno mi było przewidzieć jak autorka ugryzie ten temat, jak przedstawi toksyczną relację w rodzinie. Opis brzmi złowrogo, więc pierwsze kilkadziesiąt kartek przekładałam ze sporą ostrożnością.
Ta książka na pewno wciąga. Ma 500 stron, więc też nie należy do najcieńszych, ale tego się aż tak nie odczuwa. Leni jest świetną postacią, której mocno kibicowałam. Obserwujemy ją kiedy ma 13, później 17/18 lat, a na koniec 20 kilka. Przechodzi sporą zmianę i staje się naprawdę mądrą i odpowiedzialną osobą. Jej matka, ma swoją przeszłość, wiele pochopnych decyzji i jest bardzo oddaną żoną. Co niestety nie działa na jej korzyść. Zawsze broni męża i uparcie twierdzi, że zachowuje się tak, bo je kocha. Ta toksyczność w relacji jest świetnie opisana. Tak samo jak ogromna miłość do swojego dziecka.
Gdybym miała w skrócie opisać moje odczucia po lekturze, to jest to ciężka ale i piękna historia. Dużo w niej gniewu, przemocy, ale też nadziei, pomocy, miłości oraz przyjaźni. Bałam się, że autorka opisze to bardziej brutalnie, bohaterowie otworzą oczy dopiero będąc na skraju wyczerpania i będą zdani tylko na siebie. A tutaj otrzymują propozycję pomocy, tyle że długo nie chcą po nią sięgnąć, bo to przecież ich życie i ich problem. To mnie też skłoniło trochę do refleksji nad kilkoma sprawami, jednak nie będę się w to zagłębiać. Chciałam tym tylko zaznaczyć, że ta książka zrobiła na mnie spore wrażenie.
Jakiś czas temu, marudziłam trochę na swoim bookstagramie, że chociaż przeczytałam w tym roku kilka fajnych książek, to żadna nie została jakoś na dłużej w mojej głowie. Trochę jak taka gorsza passa czytelnicza. "Wielka samotność" być może to zmieni.
0 KOMENTARZE