Studia
Cześć! Jak wiecie, bądź też nie, w październiku skończyłam studia. Na początku miesiąca miałam obronę swojej pracy magisterskiej i tym sposobem zakończyłam 17 lat ciągłej edukacji. Zdążyłam już nieco odsapnąć i zebrać myśli, dlatego stwierdziłam, że podzielę się z Wami moimi przemyśleniami na temat studiów.
Od czego by zacząć? Może od początku. Tak naprawdę nie wiem, od jak dawna istnieje przekonanie, że człowiek idzie do szkoły, gdzieś w połowie swojej edukacji już wie, bądź bardzo intensywnie się zastanawia nad tym co chce robić w przyszłości, pisze maturę, dostaje się na studia, kończy je i pracuje w zawodzie. Brzmi jak świetny, przejrzysty scenariusz, prawda? W rzeczywistości (jak może już część z Was się przekonała) wcale nie jest tak kolorowo.
Nie każdy będąc nastolatkiem, wie co chciałby robić w życiu. I to serio nie jest nic złego, chociaż presja społeczeństwa sugeruje co innego. Bo kolega czy koleżanka ma już plany i to nieraz całkiem ambitne. Bo rodzina by chciała, żeby w przyszłości miał dobrą pracę i nie bał się o problemy finansowe. Tu konkurencja, wyścig szczurów, tu troska, czasami połączona też z ambicjami rodziców i młody człowiek się gubi, wpada we frustracje, bo też chciałby wiedzieć co robić.
Co w takim wypadku zrobić? Jeśli myśli się o studiach, ale nie ma się pomysłu na jaki kierunek startować, to najlepiej przejrzeć oferty uczelni, spojrzeć na programy, poczytać co można później robić w życiu i spróbować wybrać tą opcje, która jest najbliższa naszym zainteresowaniom czy umiejętnościom.
Zaś jeśli wciąż ma się mętlik w głowie, to można też po prostu odpuścić. Napisać maturę, zrobić sobie rok przerwy czy dwa, pójść do pracy. Dać sobie po prostu czas. Maturę można napisać z podstawowych przedmiotów i w przyszłości zdać dodatkowe egzaminy. Co prawda, człowiek się nasłucha, że później nie będzie mu się chciało uczyć, aczkolwiek dla chcącego nic trudnego i myślę, że w przypadku znalezienia wymarzonego kierunku, chęć kształcenia się w tym kierunku i późniejszej pracy może wygrać. Podstawową maturę też można napisać w późniejszych latach, jednak jeśli nie ma się większych problemów z nauką, to chyba lepiej już dotrwać do końca.
Co do już samego studiowania, dla jednych dany kierunek będzie strzałem w dziesiątkę, inni zrezygnują w czasie pierwszego semestru albo po pierwszej sesji, a jeszcze kolejni stwierdzą, że to nie jest do końca to, ale w sumie jakoś im idzie i może już jakoś pociągną do końca. Pierwszej grupie to tylko pozazdrościć. W drugim przypadku, jeśli czujesz, że to kompletnie nie to, męczysz się, nie widzisz sensu w studiowaniu, odpuść. Możesz iść na inne studia. To naprawdę nic złego zmienić kierunek raz, drugi, trzeci. Studia są po to, żeby uczyć się tego co nas interesuje, a nie się męczyć. Bycie rok czy dwa "do tyłu", nie jest niczym złym. Grunt to znaleźć to w czym się odnajdujemy.
A czy studiowanie czegoś co nie jest do końca "tym", ale jakoś nam idzie i zbytnio nie narzekamy, jest dobrym pomysłem? Nie ukrywam, że ze swojego doświadczenia wiem, iż faktycznie, może to być spoko pomysł. Przez te 5 lat, uświadomiłam sobie, że studia nie są tylko po to, żeby zdobyć wiedzę w danym zakresie, dostać papierek i iść w tym kierunku do pracy. Studia są też dla samej wiedzy. Możemy po prostu wzbogacić się w obszarze naszych zainteresowań, czy nauczyć się czegoś nowego. Jednak nie musi to oznaczać od razu późniejszej pracy w tym. Możemy pójść na jeden kierunek, a pracować w kompletnie innej branży. I nie jest to nic złego. Zresztą jeśli porozmawiacie z ludźmi x lat po studiach, to część z nich Wam powie, że odnaleźli się w czymś zupełnie innym, od tego co studiowali. Różnie w życiu wychodzi.
I wiem, że są osoby, dla których takie myślenie to trochę "gadanie, pitu, pitu", ale w sumie każdy podejmuje swoją decyzję. Grunt, żeby szanował wybory innych, bo to jak się przeżyje życie jest indywidualną kwestią.
Jak to właściwie jest na tych studiach? Różnie. Na jednym kierunku jest dużo nauki, człowiek ma mało czasu przez cały semestr. Na innym więcej luzu i trzeba się spiąć tylko w ostatnim miesiącu przed sesją, a w ciągu semestru wypadają jakieś pojedyncze projekty. Także zależy. Na ćwiczenia zazwyczaj trzeba chodzić, na wykłady też różnie. Niektórzy wykładowcy robią listy obecności, inni czasami, albo w ogóle. Osobiście raczej chodziłam, chociaż były zajęcia, które potrafiłam sobie odpuścić. Ważną kwestią jest, aby już przed rozpoczęciem studiów, stworzyć najlepiej na facebook'u, grupę dla ludzi ze swojego roku, żeby móc tam wrzucać informacje albo materiały. Czasami starsze roczniki coś udostępniają, albo mają zbiór plików na przykład na chomikuj. Jest to bardzo pomocne. Zdarza się, że wykładowcy sami z siebie wrzucają na swoje strony prezentacje z zajęć.
Minęły 2-3 tygodnie studiów, a ludzie są wciąż słabo zintegrowani. Co zrobić? Zauważyłam, że to często męczy osoby, które zaczęły studiować. Szczerze? Dać czas. Raz się trafi na ludzi, z którymi od razu się dogada i zaraz nawiązują się nowe przyjaźnie. Innym razem trzeba po prostu trochę zaczekać. Nie naciskać. Pod taką presją nigdy nie zgra się ze sobą nowych osób. Grunt to być otwartym dla nowych znajomości. Sama podczas studiów poznałam sporo super osób. Z niektórymi mam bliski kontakt do dzisiaj, ale to wszystko tworzyło się w swoim czasie. Jak to bywa ze znajomościami. Jeśli ktoś ma zagościć w Twoim życiu, to tak się stanie. Wystarczy trochę cierpliwości.
Sporo osób też martwi się o znajomości z czasów szkolnych. Niestety jest ryzyko, że pójście na studia i rozpoczęcie nowego etapu w życiu, będzie skutkowało zaniedbaniem starych relacji. W takim przypadku warto po prostu starać się dbać o przyjaźnie czy inne znajomości, ale nie utrzymywać ich na siłę. Brzmi okrutnie i boleśnie, ale tak też bywa. Właściwie na każdym etapie w życiu. Ludzie się zmieniają. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. Grunt to doceniać tych, którzy są obok i dbać o te relacje.
Poza tym, warto dołączać do różnych kół, zrzeszeń studentów, współtworzyć projekty. Nie musi to być nic wielkiego, ale nawet najmniejsze przedsięwzięcia mogą dać ogromne efekty, wiedzę i doświadczenie na przyszłość. Rozwijać się, swoje pasje. Studia to naprawdę dobry czas na to. Przy okazji poznaje się masę ludzi, nawiązuje nowe znajomości.
Sesja. Jak się do niej przygotować i jak przeżyć? To najgorszy (poza pisaniem prac dyplomowych, ich kończeniem, etc.) okres dla studenta. Mi się będzie już zawsze kojarzył z wyłączeniem z życia na jakiś miesiąc. Najpierw różne projekty, eseje, kolokwia (czyli takie sprawdziany jak za czasów szkolnych, z ćwiczeń). Później jakieś 2 tygodnie na egzaminy. Dużo pracy, nauki, stresu. Pierwszą w życiu sesje przeżyłam bardzo hardcorowo. Nie będę się tutaj rozwodzić nad szczegółami, ale było ciężko. Sporo stresu, nauki, mało snu. Kolejne były już coraz lżejsze. Tak naprawdę człowiek musi się nauczyć radzić z tym okresem. Ja z czasem zaczęłam bardzo doceniać sen. Nie uczyłam się do późnych wieczorów. Miałam już swój system notatek i też tego jak się ich uczyć. Także kwestia wprawy. Stres był zawsze, a później zmęczenie, ale nie trwało to przez taki czas. Pamiętajcie, że to tylko egzaminy. Zawsze jest drugi termin, a poprawka to nic złego. Po to jest. Czasami, jeśli macie sporo zaliczeń w małych odstępach czasowych, to warto starać się do nich przygotować, ale ze świadomością, że jest jeszcze ten drugi termin. I może dojdzie kolejna wizyta na uczelni, ale będziecie spokojniejsi i bardzo wypoczęci.
Poza tym, nikt nie sprawdza czy na studiach będziecie mieli same 5. Średnia z ocen brana jest pod uwagę w momencie rekrutowania na kolejny stopień, zapisywania na przykład na seminarium (ale tez nie zawsze). Ale nie oznacza to, że trzeba mieć same najlepsze oceny ze wszystkiego.
W przypadku kiedy poprawka też nie pójdzie, to może być jeszcze warunek. Nie wiem jak to wygląda na innych uczelniach, ale u mnie można było powtarzać dany przedmiot za rok. W przypadku samego wykładu, najczęściej sprawdzało się, czy na zajęciach jest ten sam materiał co wcześniej i przychodziło na sam egzamin. Także po prostu dwa dodatkowe terminy (pierwszy i znowu poprawkowy). Nie jest to nic strasznego, chyba, że dla naszego portfela, bo kosztuje. I to niestety nie mało. Ale to już zależnie od przedmiotu. Na ćwiczenia trzeba już chodzić i wtedy podejrzewam, że jest nieco więcej zamieszania, ale tylko gdybam, bo nie miałam nigdy takiej sytuacji. Warunek można mieć albo w trakcie studiów, co oznacza, że po prostu podczas którejś sesji ma się dodatkowy egzamin, albo już na koniec i wtedy obrona opóźniona jest o rok.
Obrona. Czyli chyba najbardziej męczący okres na studiach. Trzeba wymyślić tytuł pracy, spis treści, znaleźć materiały i w końcu napisać. Przy okazji mając w głowie jeszcze antyplagiat, więc nie można robić "kopiuj wklej". W międzyczasie spotkania z promotorem, pokazywanie mu kolejnych etapów pisania, poprawki, drukowanie, oprawianie i nauka do samej obrony. Sporo stresu, latania, nauki, siedzenia przy komputerze, szukania, główkowania. Po skończeniu licencjatu miałam przez miesiąc porządny kryzys i średnio mogłam patrzeć na mój komputer. Po magisterce było trochę lżej, ale i tak czułam wymęczenie i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, za co się wziąć. Zdecydowanie trudny czas.
Gdybym miała coś polecić w tej kwestii: wybierać mądrze temat. Jeśli nie macie pomysłu, to pogadajcie z promotorem. Jest duża szansa, że podpowie Wam coś, gdzie będzie dużo materiałów i bez problemu skleicie z tego konkretną pracę. Lepiej nie kombinować z jakimś wyszukanym tematem, bo może się okazać, że nic nie znajdziecie i będziecie w kropce. No chyba, że macie zapewnione materiały do pisania. Po drugie, warto przemęczyć się i pisać w terminach. Niestety, często człowiekowi się nie chce, zostawia to "na później" i kończy się na bardzo pracowitej sesji. Jak nie nauka, to pisanie pracy dyplomowej. A to potrafi bardzo wymęczyć. Serio.
Sama obrona to już formalność, chociaż stresuje bardziej niż egzaminy w czasie sesji. I ta ulga wychodząc z sali. Jest się oficjalnie wolnym człowiekiem i teraz już tylko czeka na wydanie dyplomu.
Jest jeszcze jedna kwestia, a mianowicie studia zaoczne. Sama o takich nawet nie myślałam, ale to też jest opcja. Dla kogo? Na pewno dla osób, które mają już stałą pracę na pełen etat, ale chcieliby zdobyć wiedzę i papier. Albo chcieliby się uczyć, ale muszą się też utrzymać i dorywcza praca im nie wystarczy. Ewentualnie dla dojeżdżających kawałek na uczelnie. Możliwe, że są jeszcze jakieś opcje, ale to mi przyszło pierwsze na myśl. Spotkałam się z opinią, że studia zaoczne to nie prawdziwe studia. Cóż, zajęcia są takie jak na dziennych, tylko, że weekendowo. Egzaminy w czasie sesji też są, tak samo pisanie prac dyplomowych. Różnią się tylko trybem, ale tak naprawdę ilość wiedzy jest taka sama. Także, na pewno nie jest to gorszy wybór od studiów stacjonarnych. I warto wziąć go pod uwagę w razie potrzeby.
Polecam jeszcze zobaczyć film dziewczyn z kanału 5 minut. Też mówią trochę o studiach i szukaniu pracy z papierem lub bez - klik.
To wszystko to moje przemyślenia i spostrzeżenia po 5 latach studiowania. Na studia szłam jako własnie taka osoba, która nie za bardzo wie co by chciała robić. Bałam się, że nie odnajdę się, jak to w ogóle będzie. Moje myślenie zmieniło się o 180 stopni. I to też nie tylko w kwestii samego studiowania. Te lata były bardzo uświadamiające. Wciąż nie mam jakiś bardzo sprecyzowanych planów, chociaż już bardziej wiem, które obszary mnie interesują i w którym kierunku chciałabym iść. Pamiętajcie, że możecie studiować różne rzeczy na licencjacie i magisterce. Możecie też pójść na studia dyplomowe, albo zrobić kolejny licencjat czy magisterkę. Studia są o tyle fajne, że macie dowolność w wyborze. Można też pójść na następne studia i się nie obronić. Rzadko kiedy, idąc do pracy, wymagają od Was pokazania dyplomu. Chyba, że planujecie zostać na uczelni.
Warto po prostu słuchać siebie, swoich potrzeb i robić to co się uważa za słuszne. Nie pójście na studia też jest ok. Co jakiś czas spotykam się z sytuacją, że osoby, które się na nie nie zdecydowały, trochę boją się znajomości z kimś, kto podjął się studiów, bo taka osoba może patrzeć na nich z góry. Osobiście nie widzę w tym sensu, bo to każdego indywidualna decyzja, ale też każdy człowiek ma inaczej. Aczkolwiek, moim zdaniem, tym też nie ma co się przejmować, bo to tak naprawdę tylko świadczy o danej osobie. Można skończyć studia i mieć szczęście ze znalezieniem fajnej pracy. A można też po szkole rozkręcić własny biznes albo pójść do pracy i nabyć praktycznego doświadczenia i być szczęśliwym bez wyższego wykształcenia. Nie ma na to żadnej reguły.
Od czego by zacząć? Może od początku. Tak naprawdę nie wiem, od jak dawna istnieje przekonanie, że człowiek idzie do szkoły, gdzieś w połowie swojej edukacji już wie, bądź bardzo intensywnie się zastanawia nad tym co chce robić w przyszłości, pisze maturę, dostaje się na studia, kończy je i pracuje w zawodzie. Brzmi jak świetny, przejrzysty scenariusz, prawda? W rzeczywistości (jak może już część z Was się przekonała) wcale nie jest tak kolorowo.
Nie każdy będąc nastolatkiem, wie co chciałby robić w życiu. I to serio nie jest nic złego, chociaż presja społeczeństwa sugeruje co innego. Bo kolega czy koleżanka ma już plany i to nieraz całkiem ambitne. Bo rodzina by chciała, żeby w przyszłości miał dobrą pracę i nie bał się o problemy finansowe. Tu konkurencja, wyścig szczurów, tu troska, czasami połączona też z ambicjami rodziców i młody człowiek się gubi, wpada we frustracje, bo też chciałby wiedzieć co robić.
Co w takim wypadku zrobić? Jeśli myśli się o studiach, ale nie ma się pomysłu na jaki kierunek startować, to najlepiej przejrzeć oferty uczelni, spojrzeć na programy, poczytać co można później robić w życiu i spróbować wybrać tą opcje, która jest najbliższa naszym zainteresowaniom czy umiejętnościom.
Zaś jeśli wciąż ma się mętlik w głowie, to można też po prostu odpuścić. Napisać maturę, zrobić sobie rok przerwy czy dwa, pójść do pracy. Dać sobie po prostu czas. Maturę można napisać z podstawowych przedmiotów i w przyszłości zdać dodatkowe egzaminy. Co prawda, człowiek się nasłucha, że później nie będzie mu się chciało uczyć, aczkolwiek dla chcącego nic trudnego i myślę, że w przypadku znalezienia wymarzonego kierunku, chęć kształcenia się w tym kierunku i późniejszej pracy może wygrać. Podstawową maturę też można napisać w późniejszych latach, jednak jeśli nie ma się większych problemów z nauką, to chyba lepiej już dotrwać do końca.
Co do już samego studiowania, dla jednych dany kierunek będzie strzałem w dziesiątkę, inni zrezygnują w czasie pierwszego semestru albo po pierwszej sesji, a jeszcze kolejni stwierdzą, że to nie jest do końca to, ale w sumie jakoś im idzie i może już jakoś pociągną do końca. Pierwszej grupie to tylko pozazdrościć. W drugim przypadku, jeśli czujesz, że to kompletnie nie to, męczysz się, nie widzisz sensu w studiowaniu, odpuść. Możesz iść na inne studia. To naprawdę nic złego zmienić kierunek raz, drugi, trzeci. Studia są po to, żeby uczyć się tego co nas interesuje, a nie się męczyć. Bycie rok czy dwa "do tyłu", nie jest niczym złym. Grunt to znaleźć to w czym się odnajdujemy.
A czy studiowanie czegoś co nie jest do końca "tym", ale jakoś nam idzie i zbytnio nie narzekamy, jest dobrym pomysłem? Nie ukrywam, że ze swojego doświadczenia wiem, iż faktycznie, może to być spoko pomysł. Przez te 5 lat, uświadomiłam sobie, że studia nie są tylko po to, żeby zdobyć wiedzę w danym zakresie, dostać papierek i iść w tym kierunku do pracy. Studia są też dla samej wiedzy. Możemy po prostu wzbogacić się w obszarze naszych zainteresowań, czy nauczyć się czegoś nowego. Jednak nie musi to oznaczać od razu późniejszej pracy w tym. Możemy pójść na jeden kierunek, a pracować w kompletnie innej branży. I nie jest to nic złego. Zresztą jeśli porozmawiacie z ludźmi x lat po studiach, to część z nich Wam powie, że odnaleźli się w czymś zupełnie innym, od tego co studiowali. Różnie w życiu wychodzi.
I wiem, że są osoby, dla których takie myślenie to trochę "gadanie, pitu, pitu", ale w sumie każdy podejmuje swoją decyzję. Grunt, żeby szanował wybory innych, bo to jak się przeżyje życie jest indywidualną kwestią.
Jak to właściwie jest na tych studiach? Różnie. Na jednym kierunku jest dużo nauki, człowiek ma mało czasu przez cały semestr. Na innym więcej luzu i trzeba się spiąć tylko w ostatnim miesiącu przed sesją, a w ciągu semestru wypadają jakieś pojedyncze projekty. Także zależy. Na ćwiczenia zazwyczaj trzeba chodzić, na wykłady też różnie. Niektórzy wykładowcy robią listy obecności, inni czasami, albo w ogóle. Osobiście raczej chodziłam, chociaż były zajęcia, które potrafiłam sobie odpuścić. Ważną kwestią jest, aby już przed rozpoczęciem studiów, stworzyć najlepiej na facebook'u, grupę dla ludzi ze swojego roku, żeby móc tam wrzucać informacje albo materiały. Czasami starsze roczniki coś udostępniają, albo mają zbiór plików na przykład na chomikuj. Jest to bardzo pomocne. Zdarza się, że wykładowcy sami z siebie wrzucają na swoje strony prezentacje z zajęć.
Minęły 2-3 tygodnie studiów, a ludzie są wciąż słabo zintegrowani. Co zrobić? Zauważyłam, że to często męczy osoby, które zaczęły studiować. Szczerze? Dać czas. Raz się trafi na ludzi, z którymi od razu się dogada i zaraz nawiązują się nowe przyjaźnie. Innym razem trzeba po prostu trochę zaczekać. Nie naciskać. Pod taką presją nigdy nie zgra się ze sobą nowych osób. Grunt to być otwartym dla nowych znajomości. Sama podczas studiów poznałam sporo super osób. Z niektórymi mam bliski kontakt do dzisiaj, ale to wszystko tworzyło się w swoim czasie. Jak to bywa ze znajomościami. Jeśli ktoś ma zagościć w Twoim życiu, to tak się stanie. Wystarczy trochę cierpliwości.
Sporo osób też martwi się o znajomości z czasów szkolnych. Niestety jest ryzyko, że pójście na studia i rozpoczęcie nowego etapu w życiu, będzie skutkowało zaniedbaniem starych relacji. W takim przypadku warto po prostu starać się dbać o przyjaźnie czy inne znajomości, ale nie utrzymywać ich na siłę. Brzmi okrutnie i boleśnie, ale tak też bywa. Właściwie na każdym etapie w życiu. Ludzie się zmieniają. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. Grunt to doceniać tych, którzy są obok i dbać o te relacje.
Poza tym, warto dołączać do różnych kół, zrzeszeń studentów, współtworzyć projekty. Nie musi to być nic wielkiego, ale nawet najmniejsze przedsięwzięcia mogą dać ogromne efekty, wiedzę i doświadczenie na przyszłość. Rozwijać się, swoje pasje. Studia to naprawdę dobry czas na to. Przy okazji poznaje się masę ludzi, nawiązuje nowe znajomości.
Sesja. Jak się do niej przygotować i jak przeżyć? To najgorszy (poza pisaniem prac dyplomowych, ich kończeniem, etc.) okres dla studenta. Mi się będzie już zawsze kojarzył z wyłączeniem z życia na jakiś miesiąc. Najpierw różne projekty, eseje, kolokwia (czyli takie sprawdziany jak za czasów szkolnych, z ćwiczeń). Później jakieś 2 tygodnie na egzaminy. Dużo pracy, nauki, stresu. Pierwszą w życiu sesje przeżyłam bardzo hardcorowo. Nie będę się tutaj rozwodzić nad szczegółami, ale było ciężko. Sporo stresu, nauki, mało snu. Kolejne były już coraz lżejsze. Tak naprawdę człowiek musi się nauczyć radzić z tym okresem. Ja z czasem zaczęłam bardzo doceniać sen. Nie uczyłam się do późnych wieczorów. Miałam już swój system notatek i też tego jak się ich uczyć. Także kwestia wprawy. Stres był zawsze, a później zmęczenie, ale nie trwało to przez taki czas. Pamiętajcie, że to tylko egzaminy. Zawsze jest drugi termin, a poprawka to nic złego. Po to jest. Czasami, jeśli macie sporo zaliczeń w małych odstępach czasowych, to warto starać się do nich przygotować, ale ze świadomością, że jest jeszcze ten drugi termin. I może dojdzie kolejna wizyta na uczelni, ale będziecie spokojniejsi i bardzo wypoczęci.
Poza tym, nikt nie sprawdza czy na studiach będziecie mieli same 5. Średnia z ocen brana jest pod uwagę w momencie rekrutowania na kolejny stopień, zapisywania na przykład na seminarium (ale tez nie zawsze). Ale nie oznacza to, że trzeba mieć same najlepsze oceny ze wszystkiego.
W przypadku kiedy poprawka też nie pójdzie, to może być jeszcze warunek. Nie wiem jak to wygląda na innych uczelniach, ale u mnie można było powtarzać dany przedmiot za rok. W przypadku samego wykładu, najczęściej sprawdzało się, czy na zajęciach jest ten sam materiał co wcześniej i przychodziło na sam egzamin. Także po prostu dwa dodatkowe terminy (pierwszy i znowu poprawkowy). Nie jest to nic strasznego, chyba, że dla naszego portfela, bo kosztuje. I to niestety nie mało. Ale to już zależnie od przedmiotu. Na ćwiczenia trzeba już chodzić i wtedy podejrzewam, że jest nieco więcej zamieszania, ale tylko gdybam, bo nie miałam nigdy takiej sytuacji. Warunek można mieć albo w trakcie studiów, co oznacza, że po prostu podczas którejś sesji ma się dodatkowy egzamin, albo już na koniec i wtedy obrona opóźniona jest o rok.
Obrona. Czyli chyba najbardziej męczący okres na studiach. Trzeba wymyślić tytuł pracy, spis treści, znaleźć materiały i w końcu napisać. Przy okazji mając w głowie jeszcze antyplagiat, więc nie można robić "kopiuj wklej". W międzyczasie spotkania z promotorem, pokazywanie mu kolejnych etapów pisania, poprawki, drukowanie, oprawianie i nauka do samej obrony. Sporo stresu, latania, nauki, siedzenia przy komputerze, szukania, główkowania. Po skończeniu licencjatu miałam przez miesiąc porządny kryzys i średnio mogłam patrzeć na mój komputer. Po magisterce było trochę lżej, ale i tak czułam wymęczenie i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, za co się wziąć. Zdecydowanie trudny czas.
Gdybym miała coś polecić w tej kwestii: wybierać mądrze temat. Jeśli nie macie pomysłu, to pogadajcie z promotorem. Jest duża szansa, że podpowie Wam coś, gdzie będzie dużo materiałów i bez problemu skleicie z tego konkretną pracę. Lepiej nie kombinować z jakimś wyszukanym tematem, bo może się okazać, że nic nie znajdziecie i będziecie w kropce. No chyba, że macie zapewnione materiały do pisania. Po drugie, warto przemęczyć się i pisać w terminach. Niestety, często człowiekowi się nie chce, zostawia to "na później" i kończy się na bardzo pracowitej sesji. Jak nie nauka, to pisanie pracy dyplomowej. A to potrafi bardzo wymęczyć. Serio.
Sama obrona to już formalność, chociaż stresuje bardziej niż egzaminy w czasie sesji. I ta ulga wychodząc z sali. Jest się oficjalnie wolnym człowiekiem i teraz już tylko czeka na wydanie dyplomu.
Jest jeszcze jedna kwestia, a mianowicie studia zaoczne. Sama o takich nawet nie myślałam, ale to też jest opcja. Dla kogo? Na pewno dla osób, które mają już stałą pracę na pełen etat, ale chcieliby zdobyć wiedzę i papier. Albo chcieliby się uczyć, ale muszą się też utrzymać i dorywcza praca im nie wystarczy. Ewentualnie dla dojeżdżających kawałek na uczelnie. Możliwe, że są jeszcze jakieś opcje, ale to mi przyszło pierwsze na myśl. Spotkałam się z opinią, że studia zaoczne to nie prawdziwe studia. Cóż, zajęcia są takie jak na dziennych, tylko, że weekendowo. Egzaminy w czasie sesji też są, tak samo pisanie prac dyplomowych. Różnią się tylko trybem, ale tak naprawdę ilość wiedzy jest taka sama. Także, na pewno nie jest to gorszy wybór od studiów stacjonarnych. I warto wziąć go pod uwagę w razie potrzeby.
Polecam jeszcze zobaczyć film dziewczyn z kanału 5 minut. Też mówią trochę o studiach i szukaniu pracy z papierem lub bez - klik.
To wszystko to moje przemyślenia i spostrzeżenia po 5 latach studiowania. Na studia szłam jako własnie taka osoba, która nie za bardzo wie co by chciała robić. Bałam się, że nie odnajdę się, jak to w ogóle będzie. Moje myślenie zmieniło się o 180 stopni. I to też nie tylko w kwestii samego studiowania. Te lata były bardzo uświadamiające. Wciąż nie mam jakiś bardzo sprecyzowanych planów, chociaż już bardziej wiem, które obszary mnie interesują i w którym kierunku chciałabym iść. Pamiętajcie, że możecie studiować różne rzeczy na licencjacie i magisterce. Możecie też pójść na studia dyplomowe, albo zrobić kolejny licencjat czy magisterkę. Studia są o tyle fajne, że macie dowolność w wyborze. Można też pójść na następne studia i się nie obronić. Rzadko kiedy, idąc do pracy, wymagają od Was pokazania dyplomu. Chyba, że planujecie zostać na uczelni.
Warto po prostu słuchać siebie, swoich potrzeb i robić to co się uważa za słuszne. Nie pójście na studia też jest ok. Co jakiś czas spotykam się z sytuacją, że osoby, które się na nie nie zdecydowały, trochę boją się znajomości z kimś, kto podjął się studiów, bo taka osoba może patrzeć na nich z góry. Osobiście nie widzę w tym sensu, bo to każdego indywidualna decyzja, ale też każdy człowiek ma inaczej. Aczkolwiek, moim zdaniem, tym też nie ma co się przejmować, bo to tak naprawdę tylko świadczy o danej osobie. Można skończyć studia i mieć szczęście ze znalezieniem fajnej pracy. A można też po szkole rozkręcić własny biznes albo pójść do pracy i nabyć praktycznego doświadczenia i być szczęśliwym bez wyższego wykształcenia. Nie ma na to żadnej reguły.
0 KOMENTARZE