Cześć! Chyba pierwszy raz mam takie opóźnienie z publikowaniem relacji z wyjazdu. Normalnie ten post będzie legendą na moim blogu. Strasznie długo zeszło mi na przejrzeniu i obróbce zdjęć. Wiadomo, jeszcze to później wstawić na stronę i sensownie opisać. Momentami było mi aż głupio, bo najpierw myślałam, że uwinę się z tym od razu po skończeniu studiów, później do końca roku, w styczniu, w czasie akcji #zostańwdomu i tak co chwilę to przesuwałam. Ale w końcu jest! Po roku i może 2 tygodniach. A jeszcze co do tego uczucia lekkiego zażenowania samą sobą, to fakt, trochę czasu już minęło od mojego wyjazdu do Austrii, ale właściwie nic mnie z tym nie goniło. Żaden termin. Zdjęcia można wciąż podziwiać, wracać myślami do tego okresu, wspominać różne sytuacje. To nie ma żadnej daty ważności, więc staram się zagłuszyć wyrzuty sumienia. Bo na co one komu w takiej sytuacji. Jedynie gorzej z przywołaniem emocji i wrażeń, jakie wtedy mi towarzyszyły. Nie wszystko tak dobrze pamiętam, albo coś nie jest już takie świeże i nie ma tego uczucia "wow".
Przejdźmy do samego wyjazdu. Dowiedziałam się o nim może z miesiąc wcześniej i to raczej z nastawieniem, że mnie ominie. Stało się inaczej. Do tej pory w Austrii byłam tylko przejazdem jadąc do Włoch. Także tym razem miałam okazję nieco bliżej poznać ten kraj. Podziwiałam widoki, architekturę, obserwowałam ludzi, próbowałam też lokalnych rzeczy. Zwiedziłam Salzburg, uciekałam przed krowami na szlakach (tak, w Austrii to norma, idziesz sobie spokojnie szlakiem w góry, a tu stoją na środku drogi koleżanki i trzeba je wyminąć, mi się włączył jakiś dziwny lęk i zrobił się ze mnie niezły czajnik), podziwiałam wodospady.
Powiem Wam, że przygotowując ten post, zazdroszczę sobie z przeszłości tej podróży. Z ogromną chęcią bym teraz zapakowała walizkę, plecak, książki, aparaty i poleciała w świat. Wiem, że jeszcze nadrobię wszelkie wyjazdy, które planowałam (a niestety musiałam przełożyć, dzięki covid), ale to by była naprawdę fajna opcja.
Przejdźmy do samego wyjazdu. Dowiedziałam się o nim może z miesiąc wcześniej i to raczej z nastawieniem, że mnie ominie. Stało się inaczej. Do tej pory w Austrii byłam tylko przejazdem jadąc do Włoch. Także tym razem miałam okazję nieco bliżej poznać ten kraj. Podziwiałam widoki, architekturę, obserwowałam ludzi, próbowałam też lokalnych rzeczy. Zwiedziłam Salzburg, uciekałam przed krowami na szlakach (tak, w Austrii to norma, idziesz sobie spokojnie szlakiem w góry, a tu stoją na środku drogi koleżanki i trzeba je wyminąć, mi się włączył jakiś dziwny lęk i zrobił się ze mnie niezły czajnik), podziwiałam wodospady.
Powiem Wam, że przygotowując ten post, zazdroszczę sobie z przeszłości tej podróży. Z ogromną chęcią bym teraz zapakowała walizkę, plecak, książki, aparaty i poleciała w świat. Wiem, że jeszcze nadrobię wszelkie wyjazdy, które planowałam (a niestety musiałam przełożyć, dzięki covid), ale to by była naprawdę fajna opcja.
Zdjęć będzie sporo, zresztą jak wspominałam, jest to główny powód takiego opóźnienia tego postu. Tradycyjnie pomieszałam ujęcia z aparatu i telefonu. Trochę widoków będzie się powtarzać, bo nie sposób czasami wybrać tylko jednego zdjęcia. Sorry not sorry. Za bardzo one fotogeniczne. Raczej też nie będzie wszystko super chronologicznie, bo już nie mam tak świetnej pamięci, ale to jakoś bardzo nie przeszkadza.
Postaram się wyszukać wszystkie nazwy miejsc (mam nadzieję, że google będzie na tyle pomocne). I to chyba tyle słowem wstępu. Miłego oglądania! A ten kto dotrwa do końca, ma ode mnie szacun i internetowe high five za wytrwałość.
Lammerklamm
Miasto, które odwiedziliśmy po wąwozach.
Pojechaliśmy na pizzę i chwilę połaziliśmy uliczkami ze zdjęć.
Telefon
Nie pytajcie co w mojej galerii robiło zdjęcie świnek. Ale jest, więc i niech tutaj zagości.
Klasycznie duże dziecko, które jak zobaczyło stempel, to nie mogło przejść obojętnie obok niego. Ale powiem Wam, że to przydatne. Dzięki temu, ogarnęłam w google co to było za miejsce.
Serce widzę w tych kamieniach.
Kolejny wodospad, który był dużo większą atrakcją, bo i ludzi więcej.
Bardzo wdzięczne modelki.
Telefon
Raczej niewiele osób o tym wie, ale w jakimś tam stopniu lubię oglądać samochody. Chociaż wielkim specem nie jestem.
Typowa turystka i typowe zdjęcie z wakacji.
A taki widok czekał na nas kiedy wyruszaliśmy na kolejne zwiedzanie, albo witało się z Leonem rano nowy dzień.
Telefon
Postaram się wyszukać wszystkie nazwy miejsc (mam nadzieję, że google będzie na tyle pomocne). I to chyba tyle słowem wstępu. Miłego oglądania! A ten kto dotrwa do końca, ma ode mnie szacun i internetowe high five za wytrwałość.
Zaczynam jakże pięknymi zdjęciami z wiatrakami, ale każdy wyjazd zaczyna się od drogi i podróży, także here we are. Strasznie lubię oglądać zmieniające się widoki, zwłaszcza jadąc autem. Już będąc coraz bliżej celu, mijaliśmy naprawdę piękne miejsca, ale i zmęczenie długą jazdą i prędkość, uniemożliwiły mi zrobienie zdjęć. Może kiedyś wrócę i nadrobię.
Lammerklamm
Czyli z tego co mówi google - najpiękniejsze wąwozy w Austrii. Nie polecam osobom z lękiem wysokości. Sporo mostów nad wodą, fajne widoki i dużo ludzi, z którymi trzeba się mijać na niezbyt szerokich dróżkach. To było pierwsze miejsce do którego szliśmy na zwiedzanie. Mam jakiś szczególny sentyment do tych wspomnień.
Telefon
Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła tego zdjęcia instaxem.
Golling an der Salzach
Miasto, które odwiedziliśmy po wąwozach.
Pojechaliśmy na pizzę i chwilę połaziliśmy uliczkami ze zdjęć.
5 Fingers
Platforma widokowa w górach Dachstein w Górnej Austrii, na górze Krippenstein na wysokości 2 108 m.
Wstaliśmy chyba o 7 i wyruszyliśmy w drogę. Od razu mówię, że nie wchodziliśmy tych 2 000 m w górę, jest kolejka. Chodzi się już po szczycie. I to całkiem ciekawe doświadczenie, zwłaszcza jak człowiek nie do końca się jeszcze obudził, a tu taka zmiana wysokości i ciśnienia. Piękne widoki, ludzi jak mrówek. Celem jest dojście do innej stacji z kolejką (można też iść jakoś chyba piechotą, ale to dla doświadczonych). No powiem Wam, że zmęczenie wtedy nieźle dało o sobie znać, ale fajna wycieczka! Nawet Leon podziwiał widoki.
Wstaliśmy chyba o 7 i wyruszyliśmy w drogę. Od razu mówię, że nie wchodziliśmy tych 2 000 m w górę, jest kolejka. Chodzi się już po szczycie. I to całkiem ciekawe doświadczenie, zwłaszcza jak człowiek nie do końca się jeszcze obudził, a tu taka zmiana wysokości i ciśnienia. Piękne widoki, ludzi jak mrówek. Celem jest dojście do innej stacji z kolejką (można też iść jakoś chyba piechotą, ale to dla doświadczonych). No powiem Wam, że zmęczenie wtedy nieźle dało o sobie znać, ale fajna wycieczka! Nawet Leon podziwiał widoki.
Telefon
Kawka na szczycie i frytki, których tutaj nie ma, to coś co uwielbiam najbardziej w górach z jedzenia. Proste, a jakie dobre!
Hallstatt
Miasto, które mijaliśmy w drodze na 5 Fingers, także postój w drodze powrotnej, był must have. Widoki ładne, zwłaszcza nad wodą, ale mnie osobiście odstraszyła ilość ludzi. Ponoć to tam normalne, także nie zazdroszczę mieszkańcom.
Telefon
SALZBURG
To było właściwie jedyne większe miasto, które zwiedziliśmy. Przeszliśmy się kawałek po Starym Mieście i parku. Niestety nie weszliśmy do żadnego muzeum czy jakiegokolwiek miejsca (też ze względu na wycieczkę z psiakiem), więc raczej niczego ciekawego tutaj nie dodam.
Telefon
GÓRY
Bardzo propsuję za wegetariańskie opcje w takim miejscu. To chyba była jakaś pasta z ziemniaka, ale kompletnie już nie pamiętam co dokładnie. W każdym razie było całkiem dobre.
ABTENAU
Czyli miasto, w którym mieszkaliśmy. Nasz nocleg był akurat bardziej na uboczu, ale o dziwo z samego miasta mam niewiele zdjęć. Byliśmy raz na spacerze i to wszystko co uwieczniłam.
Akurat w kinach leciał nowy Król Lew, więc znalazłam takie smoothie w sklepie. Nie, nie próbowałam.
Klasycznie z serii "wszędzie znajdę jednorożce".
A gdyby teraz się wpakować do takiego i wyjechać w Bieszczady?
To była właściwie jedyna typowa wyprawa w góry. Trochę szkoda, ale okolice miały tyle do zaoferowania turystom, że będąc tam tydzień, trudno było obskoczyć wszystko co nas interesowało (a przy okazji odpocząć, a nie biegać na sprincie między kolejnymi miejscami).
To właśnie tutaj uciekałam przed krowami, złapał nas deszcz, schodziliśmy po trasach narciarskich i próbowaliśmy lokalnego jedzenia w schroniskach. Fajna przygoda, ale co do chodzenia po szlakach, to chyba wolę jednak Polskę. Jakoś tak czuję się bezpieczniej (chociaż w tym roku na grupach związanych z górami i łażeniem po nich, widziałam, że niedźwiedzie bardzo chętnie odwiedzały szlaki i ja bym z pewnością zeszła na miejscu ze strachu, w czasie takiego spotkania) i pewniej. Mamy tyle pięknych miejsc na południu naszego kraju, ze zdecydowanie nie ma czego zazdrościć innym.
Bardzo propsuję za wegetariańskie opcje w takim miejscu. To chyba była jakaś pasta z ziemniaka, ale kompletnie już nie pamiętam co dokładnie. W każdym razie było całkiem dobre.
ABTENAU
Czyli miasto, w którym mieszkaliśmy. Nasz nocleg był akurat bardziej na uboczu, ale o dziwo z samego miasta mam niewiele zdjęć. Byliśmy raz na spacerze i to wszystko co uwieczniłam.
Akurat w kinach leciał nowy Król Lew, więc znalazłam takie smoothie w sklepie. Nie, nie próbowałam.
Klasycznie z serii "wszędzie znajdę jednorożce".
A gdyby teraz się wpakować do takiego i wyjechać w Bieszczady?
Dachserfall & Triklfall
W tym miejscu zdecydowanie zaszalałam ze zdjęciami z aparatu. Złapałam dobrą fazę i później musiałam biec za resztą. Widzieliśmy dwa wodospady (w tym przy jednym o mało co nie wpadłam do wody, no risk no fun?).
Telefon
Nie pytajcie co w mojej galerii robiło zdjęcie świnek. Ale jest, więc i niech tutaj zagości.
Klasycznie duże dziecko, które jak zobaczyło stempel, to nie mogło przejść obojętnie obok niego. Ale powiem Wam, że to przydatne. Dzięki temu, ogarnęłam w google co to było za miejsce.
Serce widzę w tych kamieniach.
Gollinger Wasserfall
Kolejny wodospad, który był dużo większą atrakcją, bo i ludzi więcej.
Czy z takimi zdjęciami jestem już prawdziwą influencerką? Zdjęcia produktowe zaliczone.
Bardzo wdzięczne modelki.
Telefon
Raczej niewiele osób o tym wie, ale w jakimś tam stopniu lubię oglądać samochody. Chociaż wielkim specem nie jestem.
Typowa turystka i typowe zdjęcie z wakacji.
Widok z apartamentu
A taki widok czekał na nas kiedy wyruszaliśmy na kolejne zwiedzanie, albo witało się z Leonem rano nowy dzień.
Vorderer Gosausee
To miejsce pokazali nam właściciele naszego noclegu (też Polacy). Ja się zakochałam w tym widoku. Co zresztą zapewne widać po ilości zdjęć. Jednak widząc to na żywo, to weź nie wyciągaj co chwile aparatu. Nie da się.
To miejsce pokazali nam właściciele naszego noclegu (też Polacy). Ja się zakochałam w tym widoku. Co zresztą zapewne widać po ilości zdjęć. Jednak widząc to na żywo, to weź nie wyciągaj co chwile aparatu. Nie da się.
Telefon
Tym sposobem dobrnęliśmy do końca. Jeśli ktoś to czyta, to naprawdę podziwiam. Nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna, iż skończyłam obróbkę i napisałam ten post. Przez ten rok myślałam już, że albo publikacja się przeciągnie do 2021, albo się w ogóle poddam. Jednak dałam radę i możecie podziwiać ładne widoki.
Ten wyjazd do Austrii będzie już chyba zawsze specyficznie mi się kojarzyć. I ze względu na te zdjęcia i tamten okres w życiu. Przyznam, że nie poczułam się tam nie wiadomo jak dobrze, ale chciałabym kiedyś wrócić z innym nastawieniem i poznać więcej miejsc oraz bardziej się zresetować. Pomijając to, to chyba już wszyscy, którzy mnie obserwują w social mediach i na blogu, wiedzą, że kocham góry, więc ten krajobraz, niezależnie od mojego stanu i humoru, cieszy mnie najbardziej.



















0 KOMENTARZE