Slow down
Wspominając magisterkę, myślę o okresie kiedy w tygodniu na zmianę studiowałam i jeździłam do pracy, w weekendy chodziłam do szkoły fotograficznej i dodatkowo jeszcze przez pewien czas przygotowywałam się do egzaminu praktycznego na prawo jazdy. Było bardzo pracowicie i intensywnie. O dziwo, kryzys dopadł mnie dopiero po dobrych kilku miesiącach, kiedy na horyzoncie widać było wakacje i odpoczynek od większości tych zajęć. Do tego momentu nie miałam większych problemów z motywacją. Moje czytanie czy blog, ani życie towarzyskie też na tym jakoś bardzo nie ucierpiały. Coś w tym jest, że im człowiek ma mniej wolnego czasu, tym się robi bardziej zorganizowany. Teraz twierdzę, że raczej drugi raz w taki tryb życia bym się nie wplątała. Chociaż może gdybym miała możliwość wziąć udział w jakiś fajnych, kreatywnych i rozwijających projektach, które pasują do moich zainteresowań, to trochę bym nagięła to postanowienie. Ale to inna kwestia.
W każdym razie, od tamtego czasu, bardziej cenię sobie jednak mniejszą listę "to od" i mniej latania po różnych miejscach. Czy jest to takie łatwe? Chciałabym. To w sumie zabawne, jak wielką presję można nałożyć na samych siebie.
Początek tego wpisu pisałam jakoś w momencie rozpoczęcia pracy. Chciałam przez to poinformować, że będzie mnie od tej pory trochę mniej w internecie. Wolałam na spokojnie przygotowywać materiały do publikacji i wstawiać je, kiedy jestem z nich w pełni zadowolona, a nie żeby wyrobić swoją "normę". Zakładałam, że będę rzadziej czytać, co się równa z tym, że recenzje już nie będą się pojawiać raz w tygodniu.
Ledwo zaczęłam to wszystko tworzyć, a tu informacja o kwarantannie. Pracuję w miejscu, gdzie nie ma możliwości pracy zdalnej, także mam po prostu wolne. Skończyłam studia, stąd też brak zajęć online i teoretycznie dostałam czas na nadrobienie wszelkich zaległości i rzeczy, które zawsze odkładałam "na później". Mogłabym w tym czasie napisać kilka postów na zaś, zmniejszyć mój stosik wstydu jeśli chodzi o książki. Ogólnie stworzyć sporą listę to do i mieć napięty grafik. Jak możecie się domyślić, odpuściłam. To znaczy, nie leżałam/leżę do góry brzuchem, bo i mnie by już nosiło. Aczkolwiek zamiast zapełniać sobie dni po brzegi różnymi zajęciami, planowałam kilka na raz. Łatwiej mi się wtedy zmotywować, czuję większą satysfakcję z wykreślenia zadań z listy i zadowolenie z tego, że wykonałam swój plan dnia. Wciąż walczę trochę z uczuciem, że mogłabym zrobić więcej, ale to nawet fajne kiedy masz czas usiąść spokojnie i odetchnąć, zamiast lecieć do kolejnego zadania. Czemu o tym mówię? Zmniejszyłam nieco swoją aktywność w internecie, ale obserwuję innych. Przez pierwsze dni kwarantanny, chociażby cały instagram huczał od postów "masz teraz czas na tyle rzeczy! możesz posprzątać, odkryć nowe hobby, bawić się kreatywnie, nauczyć czegoś". Fajnie zmotywować ludzi do działania, żeby nie siedzieli w domu patrząc się w ścianę a później po niej już łażąc z nudów. Aczkolwiek warto też pamiętać, że odpoczynek i kompletny chillout jest równie fajny i ważny. Ja się tego wciąż próbuję nauczyć. Najlepiej mi to wychodzi w podróży, ale teraz nie ma takiej możliwości. Siedząc w domu co rusz mam w głowie kolejne rzeczy do zrobienia i małymi krokami staram się odpuścić. Jednocześnie jednak coś robiąc. Jest to trudna sztuka, ale chyba coś tam mi z tego nawet wychodzi :D Mam nadzieję, że wy sobie jakoś dajecie radę w tym trudnym czasie. Jako introwertyk, aż tak nie przeżywam siedzenia w domu, chociaż powoli też już chciałabym wyjść gdzieś dalej niż na spacer z psem. Ale wiem, że inni mają gorzej i ciężko znoszą taki spadek aktywności. Miejmy nadzieję, że sytuacja się jak najszybciej polepszy i będziemy mogli wrócić do swojej codzienności. Chociaż mocno się boję o gospodarkę naszego kraju po tym okresie. Będzie ciężko.

0 KOMENTARZE