Majówka 2018

by - 21:14


Cześć! Dzisiaj mam dla Was relacje z mojej tegorocznej majówki. Z jednej strony uwielbiam tworzyć tego typu posty, a z drugiej należą one do tych najbardziej pracochłonnych (głównie przez ilość zdjęć). Dlatego odczuwam prawdziwą ulgę jak mam już wszystkie zdjęcia przejrzane i obrobione + uda mi się napisać w miarę sensowny tekst (co bywa czasami naprawdę nie lada wyzwaniem, zwłaszcza jak akurat męczy brak weny). Ale już dosyć tego gadania.

Po pierwsze, to tak jak mogliście zauważyć obserwując moje social media, w końcu mam instaxa! Marzyłam o tym aparacie od już dobrych kilku lat. W tym roku nawet znalazł się na liście moich celi na 2018. Także udało mi się spełnić marzenie i mogę odhaczyć jedną z pozycji na liście. Podwójny sukces.
Wiem, że nie jest to tania zabawa, bo wkłady trochę kosztują ale mam zamiar uwieczniać nim tylko wyjątkowe chwile. 



Mój długi weekend zaczął się trochę później, bo 28 i 29 kwietnia miałam zajęcia w szkole fotograficznej. Co prawda nie siedzę tam od wczesnych godziny porannych do późnych popołudniowych, ale jednak wraz z dojazdem to tak z połowa dnia mi mija. Mimo to, udało mi się chociaż trochę skorzystać z tych dni. Do Gdańska przyjechała moja kuzynka z chłopakiem, więc zaliczyliśmy grilla i przeszliśmy się na spacer po Osowskim parku. Mieliśmy super wyczucie czasu trafiając akurat na złotą godzinę.




Początkowo myślałam, że moja majówka to będą właśnie zajęcia w szkole, przyjazd kuzynki, kilka dni wolnego i wyjazd. A tu niespodzianka. Jakoś chyba w niedzielę napisała do mnie koleżanka, z którą od ponad roku wymieniam się mailami, czy może przyjechać do mnie do Trójmiasta na jeden dzień. I takim sposobem w końcu poznałam Olę! Miałyśmy niestety niewiele czasu, więc trudno było wymyślić jakieś super atrakcje. Jednak myślę, że wypad do Orłowa na klify był jak najbardziej udany. Super było móc pogadać na żywo i spędzić razem trochę czasu. Ola pewnie będzie czytać ten post, także bardzo serdecznie Cie pozdrawiam, super było Cię poznać i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitasz do Trójmiasta (tym razem na dłużej!) :)  
Btw moje pierwsze selfie z instaxa. Tak wiem, że jeszcze muszę poćwiczyć (przemilczmy to). Ale jest to super pamiątka!

A teraz czas przejść do głównej atrakcji tej majówki czyli wyjazdu do Stockholmu. Mimo, że od powrotu mija właśnie równy tydzień to naprawdę trudno mi wciąż uwierzyć w to, że serio tam byłam.
Do Szwecji po raz pierwszy popłynęłam promem jakoś na początku 1 roku studiów. W piątek wieczorem wypłynęliśmy z Gdyni, a w niedzielę rano byliśmy już z powrotem. Zwiedziliśmy wtedy miasto o nazwie Karlskrona, w którym się dosłownie zakochałam. Te wszystkie urokliwe, drewniane domki, port, centrum miasta czy muzeum tuż przy wodzie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i wiedziałam, że jeśli będę miała tylko okazję to ponownie odwiedzę ten kraj. I udało się.
Poleciałam, razem z moją koleżanką Wiktorią, na weekend do Stockholmu. Znalazłyśmy całkiem tanie loty (zwłaszcza w jedną stronę). Nocleg załatwiałyśmy przez portal airbnb co też wyszło nas dużo nie kosztowało. Także żyć nie umierać. Jedynie samo funkcjonowanie na miejscu nie było już takie tanie, ale jak wiadomo Szwecja jest dosyć drogim krajem. 







Był to mój pierwszy lot bez towarzystwa mojej rodziny. Dotychczas zawsze latałam z nimi. Przyznam, że się bardzo stresowałam. Na szczęście pierwsze koty za płoty. Już wiem jak to wszystko dokładnie wygląda i następne podróże nie będą dla mnie takim wyzwaniem jak ta wyprawa. 

Stockholm


Gdybyście zapytali mnie o to co najbardziej zapamiętałam z tej podróży to (poza bardzo wysokimi cenami) fakt, że Szwedzi są przemili. Wszyscy, których spotkałyśmy mówili po angielsku i jak tylko ktoś zobaczył, że się nieco wahamy gdzie powinnyśmy iść to zaraz podchodzili i pytali czy nie potrzebujemy pomocy. Po drugie, dla nich nie istnieje coś takiego jak czerwone światło. Często nawet nie patrzą na to czy coś jedzie. Po prostu idą. To było dziwne, stać i czekać na zielone, kiedy wszyscy obok na luzie przechodzą. I chyba tylko raz usłyszałam klakson. 
W Polsce często patrzy się przez okno na ludzi, żeby zobaczyć jaka jest pogoda i jak się ubrać. W Szwecji się tego nie dowiesz. Jedna osoba będzie w szortach i bluzce na ramiączkach, a druga obok w kurtce i szaliku. Za to bardzo podobał mi się ich styl pt "nałożę to co było akurat pod ręką". To coś zdecydowanie dla mnie.








Wiktoria modelka






Najwęższa uliczka w Stockholmie






















Stare Miasto ma naprawdę niesamowity klimat. To co podobało mi się najbardziej to te wszystkie mniejsze i większe uliczki. No magia! Mogłabym je podziwiać non stop. 


Poniżej macie tradycyjnie dla porównania zdjęcia z telefonu 
(których jest dużo więcej, ale o tym później).












































Udało nam się wdrapać na punkt widokowy akurat w czasie trwania zachodu słońca (automatycznie dostałam turboprzyspieszenia, żeby jak najszybciej zdążyć to uchwycić).






Niektóre stacje metra wyglądają naprawdę oryginalnie.
Apropo samego metra, to jest to świetne rozwiązanie, chociaż można się trochę pogubić.
Podróż z centrum do naszego noclegu, na przedmieściach zajmowała nam z 15 minut.
Zero korków, brak opóźnień, szybko i wygodnie. Kupiłyśmy bilet na 72h, dzięki czemu mogłyśmy jeździć ile chciałyśmy metrem, autobusami i tramwajami (tym podróżowałyśmy chyba tylko raz) czy nawet przepłynąć się łodzią. I z tego co mówiła pani u której mieszkałyśmy, na tym bilecie można zajechać naprawdę daleko. Bardzo wygodne.




Biblioteka, którą bardzo chciałyśmy zobaczyć. Chyba widać dlaczego. Takich miejsc w Polsce raczej nie ma (chociaż ta Uniwersytetu Warszawskiego też jest niezła). Gdyby nie fakt, że wszystkie książki, które znalazłam były po szwedzku, to pewnie zostałabym tam na dłużej. 




Sławne szwedzkie klopsiki. Wiktorii smakowały, mi średnio. Zwłaszcza ten sos zupełnie mi nie przypadł do gustu. Te z IKEA dla mnie wygrywają. Aczkolwiek pamiętam, że jadłam je też jak płynęliśmy promem i wtedy były naprawdę dobre.


Btw jedzenie obiadu pod kościołem, why not. Tyle ludzi tam chillowało, że byłam w niezłym szoku. Normalnie sobie leżeli na trawie czy jakiś betonowych płytach i rozmawiali czy jedli. 








Z serii wszędzie znajdę jednorożce. Szkoda, że takie drogie bo bym takiego jednego z chęcią przygarnęła.







Te drzewka były cudne. Co zresztą pewnie widać po ilości osób, które kręciły się po okolicy. 






Filharmonia Sztockholmska, w której wręczane są Nagrody Nobla.



Zamek Królewski

Jak wiecie na tego typu wyjazdach robię zawsze mnóstwo zdjęć. Biorę oczywiście swojego Olympusa. I na zmianę cykam foty nim i telefonem. Minusem mojego aparatu jest to, że nie mam jakiegoś super jasnego obiektywu, więc przy słabym świetle często rezygnuję z robienia nim zdjęć. Raz nie mam z tym żadnego problemu, innym razem trochę żałuję, że wrócę jedynie z fotkami z telefonu (mimo, że mam całkiem dobry aparat w nim, to wiadomo, to nie to samo co lustrzanka). 
Tym razem jednak stwierdziłam, że zaryzykuję. A nóż coś z tego wyjdzie. W sumie już w czasie robienia zdjęć, zauważyłam, że nie jest źle i coś tam może się udać.
Jak widać nie jest tego jakoś bardzo dużo, ale jestem zadowolona z efektów. Biorąc pod uwagę to oświetlenie i mój sprzęt to wyszło to naprawdę dobrze. Jestem serio w szoku i pod wrażeniem :D Może zacznę częściej dawać szansę mojemu Olympusowi w takich warunkach.


















Tak przy okazji Zamek Królewski robił wrażenie. Najbardziej chyba zachwycałam się tymi żyrandolami. Są piękne!



















Byłyśmy na zmianie warty. Oczywiście była orkiestra, która zagrała, uwaga, utwór Bruno Marsa! A konkretniej Uptown Funk. Tradycyjnie nie umiem wkleić tutaj video ale na pewno wstawię je na swojego instagrama, więc będziecie mogli zobaczyć fragment :)





Królestwo Lusha

Nasz obowiązkowy przystanek podczas wyjazdu. Byłyśmy tam ostatniego dnia i z pewnością jeszcze kiedyś zawitam do tego sklepu.
Jeśli nie wiecie co to Lush, to jest to sklep z ręcznie robionymi kosmetykami wegańskimi, nie testowanymi na zwierzętach. Znajdziemy tam między innymi różne maski do włosów, do twarzy, szampony, peelingi i oczywiście bomby do kąpieli.





Oczywiście nie mogłam wyjść z pustymi rękoma, haha. To o czym warto też wspomnieć, to fakt, iż kosmetyki z Lusha nie należą do najtańszych. Aczkolwiek dużo osób je chwali i ponoć są mega wydajne, więc takie zakupy się opłacają. 
Kupiłam sobie kilka produktów. Są to moje jedyne pamiątki ze Szwecji, dlatego stwierdziłam, że mogę sobie coś stamtąd sprezentować.


Jedną z rzeczy jest oczywiście maseczka do twarzy. Jej podstawą są jagody. 
Już raz ją użyłam i jest całkiem fajna.


Co to za zakupy w Lushu bez kupienia bomby do kąpieli.
Ta lekko zaróżowiła wodę w wannie i miała dosyć delikatny zapach (większość było czuć na cały sklep i przy dłuższych zakupach szło się udusić, sama musiałam wyjść z 3 razy bo nie dawałam rady).


Ostatnią rzeczą jest serum. Ja je stosuję codziennie wieczorem na oczyszczoną twarz. 


Nie mogło zabraknąć kilku zdjęć z instaxa (trochę zaszalałam z ich ilością ale cóż, takie wyjazdy zdarzają się tylko raz na jakiś czas!). I pocky oreo z chińskiego sklepu, który znalazłyśmy w drodze na metro. Nie mogłam tego nie kupić, zwłaszcza, że o dziwo jakoś bardzo dużo nie kosztowało.


Jeśli ktoś dobrnął do tego miejsca to naprawdę podziwiam! Sporo mi się tych zdjęć nazbierało, ale nie miałam serca ich usuwać. Podsumowując, wyjazd mi się bardzo podobał. Cieszę się, że udało się odwiedzić Stockholm. Pozwiedzać, zobaczyć kilka miejsc. Myślę, że jak na jeden weekend jest to całkiem niezły wynik. I z pewnością jeszcze kiedyś tam wrócę :)


You May Also Like

2 KOMENTARZE

  1. Drzewka jak drzewka, a mnie urzekły kręcone schody :D No ciekawe wejście do mieszkania ! :P
    Swoją drogą nadal wydaje mi się, że te mydełka to ciastka... :( Tak smakowicie wyglądają...
    A wnętrza budynków... <3 MEGA

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam tego posta (a co za tym idzie oglądałam też zdjęcia) przez Snapchata swego czasu, więc tym razem zostało mi zostawić po sobie ślad, bo chyba ja znam te Twoją koleżankę,co to do Ciebie przyjechała w majówkę! XD To był miło spędzony czas, nie mogę narzekać, mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy:) ale... BILBIOTEKA!!!!! istne cudo *.*

    OdpowiedzUsuń